Pokazywanie postów oznaczonych etykietą z głowy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą z głowy. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 29 sierpnia 2019

Gorącz


Festiwal nagich pach, przegląd nastoletnich pośladków śmiało wyzierających spod dżinsowych majtek, gąszcz lepkich przedramion, które tylko czekają, by mimochodem musnąć, zelektryzować i uciec.
- Gorącz – orzekła Elwira z delikatesów.
Przytaknęłam. Dwoma ruchami mopa zmyła mnie z posadzki.

F. Vallotton, Study of buttocks (1884)

czwartek, 13 grudnia 2018

Tęcza

W każdym odcinku odpadała najsłabsza osoba. W tym przed uczestnikami postawiono zadanie realizacji hasła TĘCZA. Moim modelem był książę Harry. Doskonale zdawałam sobie sprawę, że fryzjerka ze mnie żadna, nakreśliłam mu to bez ogródek. Mówię: dobra, zrobimy tak - zafarbuję cię na fiolet, ostrzygę maszynką i z bani. Okej. Poszliśmy do Rossmanna szukać jakiejś farby, a że w życiu nie farbowałam włosów i się na tym nie znam, zaczęła nam podpowiadać jakaś kobieta. Naładowałam różnych specyfików do koszyka (gdzieś tam w tle majaczyła opcja zafarbowania bibułą). Umył którymś łeb, trochę chwyciło, ale nadal były rude prześwity, mówię: trudno. Przyszło do golenia, nie wiedziałam jak się za to zabrać (poza tym krępowałam się - książęcy majestat), poprosiłam M. o pomoc, w końcu ma doświadczenie w strzyżeniu M. i T. Finał? Bijcie a nie przypomnę. W tle natomiast William, Kate i luksusowe samochody. Bardzo luksusowe samochody.
Tak, tej nocy zostałam fryzjerką książąt.


W. Pawlak, Notatka o sztuce nr 19 (1998)


wtorek, 21 marca 2017

Wojna

Żarty się skończyły. Najwyższa pora sięgnąć po ostateczne środki. Otwieram pawlacz. Kartony, kartony, dużo kartonów. Spadają mi na głowę, otwierają się w locie. Kozaki damskie rozmiar 37, treki, botki wszelakiej maści są już na wolności, jakby tylko czekały, aż ktoś uchyli im furtkę do lepszego świata. Otrzepuję się z zeszłorocznego piachu i wspomnień. Wyrzucam za siebie karimatę, skarlałe kasztany, jeden, drugi, piąty, rozbijają się o kafle. Niby na pająki. O, jeszcze jeden. Jest! Nareszcie. Wyciągam sfatygowane pudełko, na czarną godzinę. Ciężar wciąż ten sam, znaczy i zawartość bez zmian. Zaszywam się w kącie, nie potrzeba świadków. Delikatnie podnoszę pokrywę. Różowy grzbiet słownika PWN, opakowanie Valerinu, paralizator. Ogarnia mnie fala spokoju. Nieco głębiej stopery, przeterminowany gaz pieprzowy – warto trzymać. Jestem już w pełnym rynsztunku, gdy niespodziewanie do pokoju wkracza Mater:

- Co, znowu ci się wydaje, że idziesz na wojnę?

S. Wyspiański, karykatura Bitwy pod Grunwaldem Matejki

piątek, 3 lutego 2017

W rodzinie



Ojciec despota znów schował paprykarz. 

Paweł był w kropce – czym zawinił tym razem? Zachodził w głowę, co skłoniło starego do ponownego podjęcia tak radykalnych kroków. Przeszukał już wszystkie szafki w kuchni, śmierdzący stęchlizną pawlacz, zajrzał pod łóżko, a nawet do pralki, gdzie niegdyś trafił na zaplątaną w majtki i podkoszulki puszkę ukochanego przysmaku. „Tatko zbiesił się nie na żarty” – pomyślał. A że apetyt wzrastał u Pawła w miarę poszukiwań, chłopak mógł zrobić tylko jedno.

Trzęsącą dłonią chwycił telefon i z listy kontaktów wybrał ten zarezerwowany na kryzysowe sytuacje. Wnet po drugiej stronie odezwał się znajomy głos. Paweł pospiesznie opowiedział swoją bolesną historię, po czym zamarł w oczekiwaniu na cenne wskazówki. Rozmówca huknął:

- Sięgaj, gdzie wzrok nie sięga!

I połączenie się zerwało.

Skonsternowany chłopak zamyślił się i w zamyśleniu swoim zaczął przemierzać znane-nieznane mieszkanie, aż trafił do kuchni. Tam, pośród emaliowanych garnków z resztkami wczorajszego gulaszu, kubków z fusami we wstępnej fazie rozkładu i sztućców, które wołają o audiencję u króla Ludwika, dojrzał w zlewie znajomy i tak miły oku aluminiowy kształt. I wiedział Paweł, że było to dobre.

Michał Anioł, Stworzenie Adama (1511)

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Bachanalia

Bożenka ma kota, a kot ma Bożenkę. Codziennie rano widzę ich, jak baraszkują w najlepsze na trawniku pod blokiem. Ona zaczepnie wymachuje mu przed pyszczkiem gałązką, on biega jak oszalały, dając jej tę odrobinę życiowej uciechy. Układ doskonały.
 
Bożenka ma kota na punkcie swojego kota. Dacie wiarę, że nie dalej jak wczoraj, skulona w krzakach przy śmietniku, karmiła go mlekiem z butelki? Skurczybyk chłeptał, aż mu się uszy trzęsły.
 
Ale dzisiaj coś pękło. Wychodzę z klatki – siedzi na ławce w żałosnej pozie. Gil jej wisi u nosa.
 
- Bożenko, co się stało? Niechże Bożenka powie! – pytam, próbując jednocześnie wymacać w torbie coś na podobieństwo chusteczki ratunkowej.
 
- Rzucił mnie, kanalia, zostawił dla innej! – wykrzykuje przez łzy i ze wzgardą wskazuje głową na ławkę obok. A tam nie kto inny, jak rzeczony zdrajca, rozparty niczym basza na kolanach Grażyny z klatki H, wyjada jej z ręki mięsne przysmaki, które potem zapija marnej jakości wódeczką. Nie wytrzymałam.
 
- Nie dla psa kiełbasa… to znaczy kota! Czy coś… – rzuciłam Bachusowi na odchodnym. I zabrałam Bożenkę na przyjacielskiego kabanosa.


Caravaggio, Bachus (1596-1597)

niedziela, 18 grudnia 2016

Ukamienowani


W lewym bucie stale przechowuję maleńki kamyczek. Ma mi przypominać, o tym, że żyję, bo przecież tak łatwo zapomnieć. Przetacza się wte i wewte – raz jest w przestrzeni między palcami, żeby zaraz znaleźć się pod piętą (to lubię najbardziej) i dawać o sobie znać kłującymi impulsami do mózgu.

Pewnego dnia spotkałam na ulicy szacownego jegomościa – równo przystrzyżona broda, długi, fioletowy płaszcz i fikuśny filcowy kapelusz przykuwały uwagę każdego przechodnia składającego swoim ubiorem hołd przeciętności. Gdy mijaliśmy się w pobliżu apteki, rzucił jakby od niechcenia:

- Wyglądasz, jakbyś miała kamyk w lewym bucie.

- Z kim mam przyjemność? – spytałam, starając się przybrać pełen wyższości wyraz twarzy.

- Maxim Iwanow, kolekcjoner. Z wykształcenia psycholog. Prekursor kamiennej terapii poznawczo-zapoznawczej. Czy mogę cię prosić o zdjęcie buta?

- Nie mam czasu na pańskie wymysły, spieszę się na autobus! – odparłam cokolwiek grubiańsko.

- Jak uważasz, ale wydaje mi się, że mógłbym ci pomóc, znam twoje problemy.

- Guzik wiesz, człowieku w fioletowym płaszczu! – krzyknęłam, po czym gwałtownie ruszyłam w swoją stronę.

Nie minęło kilka sekund, a zza pleców dobiegł mnie cichy, ale stanowczy głos:

- Suplementy diety nie zwalczą bólu istnienia.

Zawróciłam i zgodnie z żądaniem podałam mu lewy but, balansując na tej nodze, która została.

- Tylko szybko, bo mi stopa marznie.

Elegancik wyjął kamyk, obejrzał dokładnie z każdej strony, aż wreszcie zacisnął go w dłoni, mrucząc przy tym zaklęcia w sobie tylko znanym języku.

- Gotowe – powiedział z wyraźną ulgą, a kamień wrzucił do metalowej puszki po dropsach. – Teraz powinno być już tylko lepiej.

I zniknął.
 
G. Courbet, Kamieniarze (1849)
 

wtorek, 11 października 2016

Buty


Dogadywały się znakomicie – one nadawały jej życiowego rozpędu, ona nie pozwalała im się nudzić. Były szczęśliwe, bo znoszone. Przymus trzymania nienagannego fasonu już ich nie dotyczył – mogły pozwolić sobie na delikatną nonszalancję.

Lubiły piach i trawę. Wodę trochę mniej. Jak ognia unikały też szczotki – gdy tylko usłyszały odgłos otwierania górnej szuflady w przedpokoju, uciekały w popłochu. W końcu miała dość gonitw i zostawiła je samym sobie. Wszyscy byli zadowoleni.
 
Rano wyszła je przewietrzyć, jak to od kilku lat miała w zwyczaju. Wróciła dopiero po zmierzchu. Usiadła zziajana, schyliła się, by rozwiązać sznurowadła, ale butów nie było. Podobno widziano je na sąsiedniej ulicy, jak w najlepsze fikały koziołki. Kiedyś się zmęczą.
 

V. van Gogh, Para butów (1886)

wtorek, 6 września 2016

Szkiełko


Największą wadą letnich sukienek jest brak kieszeni. Ale dla Majki to nie był problem – kiedy mama rzucała z okna dwuzłotówkę "na loda", a dziewczynka nie miała gdzie jej przechować, biegła pod balkon Gołąbków i tam zakopywała monetę. Miejsce ukrycia skarbu zawsze oznaczała tym samym dużym, chropawym kamieniem. Nikomu nie mówiła o skrytce. W końcu każdy ma prawo do tajemnic.

Dzisiaj jednak kamienia nie było na swoim miejscu. Majka znalazła go kawałek dalej, w krzakach dzikiej róży. Wróciła więc pod balkon i zaczęła szukać pieniądza po omacku. „Gdzieś tu musi być!” – powtarzała szeptem, a dłonie i kolana calutkie miała umorusane ziemią. Po kilku długich minutach kopania natrafiła wreszcie na coś twardego i gładkiego jak tafla lodu. Wyjęła znalezisko, otrzepała z piasku i przyjrzała mu się dokładniej. Nie była to moneta, ale szkiełko, może fragment talerza lub filiżanki. Miał błękitny wzorek – składały się na niego maleńkie kwiatki, które oplatały faliste linie. Już chciała odrzucić okruch ze złością, gdy usłyszała:

- Dziękuję ci, uratowałaś mnie.

Rozejrzała się. Głos dochodził z bliska.

- Wiele lat leżałem pod ziemią. Dzięki tobie mam szansę na drugie życie. W nagrodę mogę spełnić twoje jedno życzenie – nieoczekiwanie zaproponowało szkiełko.

- Tylko jedno?! – odpowiedziała wyraźnie zawiedziona Majka. – Przecież w bajkach zawsze są trzy!

- To życie, moja droga, nie bajka. Decyduj, tylko rozważnie.

Dziewczynka nie zastanawiała się długo:

- Chciałabym zjeść najdroższego loda, jaki jest w sklepie. Tego w twardej polewie czekoladowej. I żeby miał migdały, koniecznie migdały.

Nie minęło kilka sekund, a szkiełko zniknęło – w dłoni Majki za to zaszeleścił papierek od loda. A potem mama zawołała na obiad.
 
Q. Massys, Bankier z żoną (1514)
 

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Gniazdo


Na pierwszy rzut oka była starą kobietą jakich wiele. Dopiero gdy przyjrzałeś się dokładniej, zauważałeś w niej ptaka – skulonego w sobie, zmęczonego długim lotem przez życie.

Centralny punkt jej płaskiej, kwadratowej twarzy stanowił nos – spiczasty wierzchołek doskonale kontrastujący z wgłębieniem, w którym powinny znajdować się zęby. Szeroko rozstawione oczy niespokojnie wodziły to w jedną, to w drugą stronę, rejestrując świat w całej jego okazałości.

Codziennie wieczorem wsiadała do autobusu, zawsze na tym samym przystanku. Z trudem robiła duży krok, by zaraz, pochylona niemal twarzą do ziemi, gorączkowo poszukiwać fotela. Siadała tuż przy miejscu dla wózków, tyłem do kierunku jazdy. Tak zagnieżdżona energicznie żuła bezzębne dziąsła.

Ale pewnego razu nie wsiadła. Nie widziałam jej na przystanku, ani w autobusie. Na ulubionym krześle leżało tylko kilka niedbale rozrzuconych gałązek i piór. Nieulotnych dowodów na ulotne istnienie.

S. Dali, Trwałość pamięci (1931)

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Piwnica


Było ciemno, przenikliwie chłodno i śmierdziało zgniłym kartoflem. Irena i Włodek ostrożnie pokonywali kolejne stopnie, zagłębiając się w nieznane coraz bardziej i bardziej.

- Do cholery, przecież gdzieś tu musi być włącznik – wyszeptał Włodek, którego irytacja wzmagała się wraz z upływem czasu spędzonego w podziemiach. Jego dłonie po omacku badały powierzchnię zakurzonych piwnicznych ścian, jak niewprawne palce niewidomego, dopiero poznającego tajniki alfabetu Braille’a.

- Au! – Irena syknęła z bólu.

- Co się stało?

- Nadepnąłeś mi na odcisk!

- Cicho! Słyszysz to?

- Nie.

- Teraz!

- Coś jakby jęki. Chodźmy stąd, Włodek, przestaje mi się to wszystko podobać. Ta dziewczyna kłamała, przecież tu nie ma żadnej wystawy.

- Patrz, drzwi. Tylko sprawdzę, czy otwarte i zaraz wracamy na górę – oznajmił, po czym ostrożnie nacisnął klamkę.

Ledwie przekroczyli próg piwnicy, a kilkadziesiąt par oczu wlepiło w nich nieprzytomny wzrok. Wokół olbrzymiego kopca złożonego z obierków i plątaniny ziemniaczanych kłączy, trwały skulone postaci, każda z nożykiem w jednej, i kartoflem w drugiej dłoni.

- Jezus Maria – Irena pospiesznie wykonała znak krzyża, tak na wszelki wypadek. – Ludzie, skąd żeście się tu wzięli?!

Lecz nie doczekała się odpowiedzi – nagle drzwi zatrzasnęły się z hukiem, odcinając parze drogę ucieczki. Jedyne, co usłyszeli, to obłąkańczy śmiech:

- Teraz dotykajcie eksponatów do woli! Hahaha!!!
 
V. van Gogh, Jedzący kartofle II (1885)
 

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Mosty

- Daj gryza.

Rozejrzałam się dookoła. Prócz szumu wody, potłuczonych szkieł pod stopami i dziwnego zapachu, stale unoszącego się w tej okolicy, nic nie przykuło mojej uwagi.

- No dawaj, na co czekasz! Z czym masz?

- Z szynką – odparłam bez większego zastanowienia. Refleksja przyszła o kilka sekund za późno – już w moją stronę zmierzało nie kilka, a kilkadziesiąt wygłodniałych kaczek, w oczach których taiła się żądza i dzika potrzeba skonsumowania dwóch bezbronnych kawałeczków chleba. W przerażeniu rzuciłam kanapkę skrzydlatym hienom, po czym, ukryta za balustradą mostku znajdującego się nieopodal, z bezpiecznej odległości obserwowałam żer.

Jadły tak, że gdyby posiadały małżowiny uszne, trzęsłyby się im one jak oszalałe. Ale uczta nie trwała długo – wkrótce przewodniczka kaczej gromady skuliła się w sobie, nastroszyła brązowawe pióra i wypluła, to, co przed chwilą pochłonęła:

- Fuu, gluten! – wykrzyknęła. – Spadamy stąd, dziewczyny!

C. Monet, Japoński mostek w Giverny (1890)

 

środa, 27 lipca 2016

Hasło


- Na siedem liter, może być skórzana…

Mijała kolejna godzina a ojciec wciąż głowił się nad krzyżówką. Każdego wieczora po wykonanej robocie siadał w kuchni, zjadał talerz kanapek z salcesonem przygotowanych przez żonę i pochylał się nad zeszytem z szaradami. Chłopy we wsi mówili, że Piotr zgłupiał na stare lata – zamiast się napić, mecz obejrzeć w telewizorze, wolał zgadywanki. To mnie uspokaja – powtarzał.

- A idź ty! – odparła gniewnie matka i wróciła do wycierania szklanek tak intensywnego, jakby miała zetrzeć z nich brudy całej ludzkości. – Zośka jeszcze nie w chałupie, a tobie jak zawsze głupoty w głowie. Wiesz, która jest godzina? Gdzie to dziewuszysko się znów szlaja. Skaranie boskie.

Niewiele trzeba było czekać, a drzwi domu otwarły się z hukiem.

- Mamo, tato, dostałam się na studia! – wykrzyknęła uradowana najmłodsza Rasiakówna, po czym już chciała zarzucić matce ramiona na szyję, gdy ta odepchnęła ja ze złością:

- Co? Czyś ty zdurniała do reszty?! A kto gospodarstwem się zajmie, jak mnie i ojca starość zabierze? Do miasta się zachciewa!

Należało się tego spodziewać – matka nigdy nie akceptowała jej pomysłów. Liczyły się tylko krowy, prosiaki i to, czy truskawki w tym roku obrodzą. Helena nie znała innego świata, nie chciała poznać. A Zośka nic nie powiedziała, jak zwykle. Zdusiła w sobie doskonale znane poczucie złości, cisnęła na stół skórzaną listonoszkę, z którą dopiero co wróciła z miasta i wybiegła z domu. Traf chciał, że torebka upadła tuż przed ojcowską krzyżówką. Piotr spojrzał na nią zdziwiony, po czym wykrzyknął:

- No przecież, że torebka!
 
J. Chełmoński, Babie lato (1875)